16 Mar

Polistowne poslowie

Odkąd zobaczyłam treść tego listu, nic już nie jest takie samo.

Kiedy 8 marca, juz pod koniec dnia czasu lokalnego zobaczyłam i przeczytałam list kobiet z ASD do młodych dziewczat, przekaz wszedł mi bardzo głęboko w mózg.

Za głęboko.

Na tyle, że zdecydowałam się ostatecznie ten jeden raz nie powstrzymywać i podzielic sie pewna refleksja. Byc moze to jest wlasnie ta oslawiona szczerość, ale nie mogę pozostawić tego listu obojętnie. Za to mogę mieć nadzieję, że komuś ta szczerość pomoże. To nie tak, że nie akceptuje swojego bycia w spektrum, ale stanęło mi przed oczami całe mnóstwo obrazów, które nie chcą zniknąć. I co gorsza, zostały świetnie sportretowane w tym liście. To chyba o czyms swiadczy.

Zobaczyłam najpierw siebie z podstawówki, czyli dobre 15 lat temu, gdzie zdarzały sie pierwsze świadome niepowodzenia w kontaktach z rówieśnikami, przechodzące w drwiny, wyczekiwanie, kiedy stracę panowanie nad sobą/dostanę pałę… Zwracanie się do mnie po.nazwisku, w czym było czuć pogardę. Do dziś tego nie znoszę. Rozne drobne złośliwości, które bolały tym bardziej, że byli tacy, którzy czuli ich bezzasadność – lecz bali się zareagowac. Moje relacje z innymi opierały się często na spisywaniu pracy domowej/rozmowach o szkole. Jeśli miałam jakieś koleżanki czy kolegow, to nie były to zbyt trwałe relacje. Być może już wtedy zdarzały się nadużycia (czuję przez skórę, że tak, to zaczęło się już wtedy). Wlasciwie, to z typowymi kobietami do dzis mi jest mocno nie po drodze. Nienawidze tego słowa, ale tak, byłam trochę ufna. Może i prostolinijna (drugie znienawidzone słowo). Nie znałam środka, znałam tylko skrajna nieufność na drugim biegunie. Do dziś zastanawiam się, czy wiem, gdzie ten środek jest.

To w podstawówce pierwszy raz pomyślałam o samobójstwie. Dziś wiem, że to był rasowy, nieuświadomiony krzyk o pomoc, na szczęście z racji względnie malej skali problemu sprawy nie zaszły dalej (ale dzis widze, jak niewiele brakowało – wystarczył impuls). Ta sama historia, chociaz „doprawiona” nieco innymi czynnikami, powtorzyla sie jeszcze kilkakrotnie, na szczescie z czasem nauczylam sie dawac temu skuteczny odpor. To w podstawówce odwróciłam się od kolegów i poszłam ścieżka „sukcesu”, który stał się moim narkotykiem, silniejszym niz psychotropy, i od którego uzależniłam się na lata. Byl bowiem wszystkim tym, czego nie moglam miec, a chcialam – akceptacji, uznania, zycia towarzyskiego, szacunku, docenieniem, dostrzezeniem. Paradoksalnie, nawet obecność osiągnięć i pochwal nie była w stanie przykryć niskiej samooceny, z którą borykam się nadal – po dziś dzień (choć w bardziej zakamuflowanej postaci). Nie była w stanie przykryć poczucia niższości, odstawania, a z czasem, kiedy już dostałam diagnozę (juz/dopiero w wieku 17 lat) – poczucia, że zawdzięczam prawie wszystko innym, tylko nie sobie (w domysle: bo spektrum)…

Gimnazjum. Radosnego tłumienia siebie ciąg dalszy. Podświadomie ubieram się skrajnie nieatrakcyjnie, nie dbam o uczesanie swoich długich, kręconych blond włosów. Nie interesuje się makeupem, ciuchami, perfumami. Zrezygnowana stwierdzam, że po co się starać, skoro i tak jestem dla wszystkich niewidzialna. Nie byłam nigdy długonoga laska, zawsze mialam poczucie, że jestem raczej niska i może nawet trochę gruba. Do dziś pamiętam, jak usłyszałam od jednej laski, że mam duży tyłek. Bolało. Dopiero doświadczenie niedowagi, wiele lat pozniej mnie z tego kompleksu wyleczyło i nauczylo mnie akceptacji siebie taka, jaka jestem, ale wrażenie pozostało.

Chłopaki się mną nie interesowali – byłam raczej zwykłym kujonem, który szukał ukojenia w cichości biblioteki i zapomnienia o rosnącym poczuciu inności w książkach. Moze to dobrze, bo okazji do przemocy seksualnej też nie było, ale z perspektywy czasu widzę, że była w tym inna skrajność, która przyczyniła się do tego, że bardzo długo nie widziałam w sobie kobiety. Pojawiały się kolejne relacje, które okazywały się jednostronne lub toksyczne. Pojawiało się we mnie przekonanie, że wyrażanie siebie i swoich odczuć skutkuje negatywnymi konsekwencjami – takie miałam doświadczenia po kilku popisach „szczerości”, więc przestalam to robić w ogole. Tak nauczyłam się pięknie unikać konfliktów i nie krzyczeć (a decybeli w głosie mi nie brakuje, wiec moglabym, ale… wole policzyc do 10 i zamilczec). Milczenie w moim wydaniu jest bardziej wymowne, niz slowa. Podnoszę głos czasem, kiedy mówię, nieświadomie. Do dziś trudno mnie doprowadzić do prawdziwego krzyku i agresji. Mechanizm udawania, ze nic sie nie stalo, mam (niestety) opanowany niemal do perfekcji. Budowanie murow w ramach skrajnej nieufnosci – rowniez.

Dalsze lata tylko utrwalały szkodliwe mechanizmy przetrwania i wciskania się w ciasne pudełko cudzych oczekiwan, co tez dopiero zobaczylam „po czasie”. Pojawił się pierwszy związek, którego nie udzwignelam, tonąc w kłamstwie – tak bardzo się cieszyłam, że ktoś mnie w końcu zechcial, ze trwalam w nim az do samego wyjazdu na studia, choc juz wczesniej czulam, ze nasze drogi sie rozchodza. Cena, powiem tylko tyle, byla wysoka – bardzo dlugo nie moglam sie pozbierac. Tym bardziej bolało, kiedy po rozstaniu ta sama osoba długo demonstrowała poczucie wyższości (bardzo bolesnymi słowami, na tym etapie życia to wystarczyło). Jak tak pomyślę, chyba zawsze się mnie trochę wstydziła… Na szczescie już nie muszę desperacko promować swojej atrakcyjności, bo się ta obawa o byciu samotna nie spełniła, ale strach pomyśleć, jak długo można poszukiwać odbicia swojej wartości, kobiecosci w oczach innych. I nie musze tez udowadniac wszystkim na kazdym kroku, ze nie jestem tak glupia, na jaka czasem wygladam. Ogolnie to nic tak naprawde nie musze, moge tylko chciec i mierzyc sie z konsekwencjami tego chcenia, ale dojscie do tego tez zabralo mi pare lat. Cień tego problemu chodzi za mną na macie – udowadnianie, że nie jestem gorsza, bo jestem kobietą…ba, że jestem wręcz lepsza od innych! Zmagam się z tym cały czas. Przyznaję. Na szczęście powoli znajduje złoty srodek…w nieporównywaniu się. To bardzo trudne. Podobnie jak wypośrodkowanie pomiędzy totalnym brakiem hamulców a totalnymi hamulcami, dostosowywanie się do otoczenia, nie konfrontowanie się, bo tak latwiej, uciekanie, wypieranie, skrajna nieufność lub równie skrajne „mam to gdzieś, czy mnie skopią, czy nie, po co od razu zakladac najgorsze…”, mylnie (!!) brane za ufność i prostolinijność.

Nie pomagal w tym wspomniany już młody wygląd – nie pomaga nadal. Zwłaszcza w środowiskach z przewaga mezczyzn, mimo 25 lat na karku, bywam traktowana jak dziecko/młoda i głupia nastolatka (i niestety wiem, że pewnie dlatego, ze tak wyglądam). Miewam nadal poczucie bycia lekceważoną, niedocenianą, niewidzialną w wiekszosci z miejsc, w ktorych sie obracam – nawet z ostatnich kilku miesiecy, a nawet tygodni, mogłabym dopisać parę przypadków zakrywających o przemoc psychiczną/głęboko podkopujacych tożsamość i samoocene (nie powinno tak być, ale ciągle jeszcze jest). Cale szczescie, ze koniec koncow coś mi jednak w życiu wyszło i nie jest to rutyna, do której przyzwyczaiłam otoczenie, tylko moja wyjatkowosc. Codziennie się uczę, że jestem wspaniała, wyjątkowa i że jestem wkładem dla swiata. Ze moge cos zmienic. Bywa, ze musze sobie o tym przypominac. Codziennie zderzam się że skutkami tego, o czym pisze wyzej. Codziennie sie z nimi konfrontuje. I nie ma w tym zalenia sie, raczej stwierdzenie faktu.

Nawet tutaj, gdzie teraz mieszkam, jestem otoczona przez ludzi, którzy się mną interesują (większość to mężczyźni). Różnica kulturowa różnica kulturowa, ale uderza mnie to, jak bardzo nauczyłam się nie istnieć. Być niewidzialna. Teraz powoli się przyzwyczajam, ale w pierwszej chwili byłam naprawde wstrząśnięta tym… że ludzie mogą się mną interesować. Zupełnie nie brałam tego pod uwagę. Tak samo niezmiennym zdziwieniem reaguje na komplementy i uwazam sie za skrajnie niefotogeniczna. Straszne, prawda? Własne odczucia – czego nauczyłam się dopieto po latach – nie dają sie tak latwo zmylić i są najlepszym drogowskazem… Choc negowanie potrzeb ciagle sie jeszcze zdarza.

I choć nie czuje się jeszcze w pelni dojrzała kobieta, czuję, że wiem, o czym jest ten list i dziękuję za niego. Bez względu na wiek, płeć, gotowość – czytajcie. Nie wypierajcie, bo ASD z zadnej strony nie jest bajka. Pozostaje ciagle walka i praca nad soba.

Może uda Wam się dzięki temu wybrać naprawde szczęśliwe życie. Bo na cale szczescie, wiele sprowadza sie do naszego, wlasnego wyboru.

Weronika Miksza

List, do ktorego odnosi sie wpis, mozna bezposrednio przeczytac tutaj w wersji polskiej….
…a tutaj w wersji anglojezycznej 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.