15 Kwi

Motywacja to rewelacja!

Czas wytchnienia dla wielu już nadchodzi. Ale nie dla wszystkich jest to czas tak samo radosny.

Wielkanoc. Kolejne kilka wolnych dni, które każdy spędza w zależności od zaangażowania religijnego. Nie będę się w to wikłać, bo uważam sprawę religii za otwartą i absolutnie nie zakończoną przez wychowanie w wierze katolickiej, co wiąże się z pewnymi tarciami w mojej bardzo katolickiej rodzinie. Te dni są dla mnie ważne z zupełnie innego powodu. Czas Wielkanocy – tak się złożyło – zamyka długi okres podwyższonej motywacji z powodu planowanej niedługo obrony pracy licencjackiej.

Ten okres podwyższonej motywacji mogą niektórzy nazywać fiksacją.

Tak, częściowo się zgodzę, że można to tak ująć, chociaż fiksacja brzmi negatywnie. Choć staram się unikać wchodzenia w taki stan z obawy przed całkowitym wypadnięciem ze społecznego obiegu, w przypadku pisania pracy nie potrafiłam przebrnąć przez to inaczej. Przez ostatnie miesiące byłam mocno zorientowana na obronę swojego dyplomu jak najszybciej i za wszelką cenę. Powodów było bardzo wiele – na przykład dwa lata niepowodzeń z rzędu w wyborze kierunku, co rodziło pewną frustrację i niechęć do studiów jako takich. Kolejna rzecz to potrzeba zyskania wykształcenia wyższego, które (niestety) stało się bardziej standardem, niż osiągnięciem – głównie dlatego, że podjęcie pracy zmusza do dbałości o atrakcyjność na rynku (nie mierzonej jedynie wysokością dofinansowania z PFRON-u, czy stopniem orzeczenia o niepełnosprawności). Również ambiwalentne miejscami podejście do tematu moich kolegów z roku (ze starostą włącznie) sprawiało, że o większość informacji musiałam dopraszać się samodzielnie, nie mogąc liczyć na to, że ktoś ten -ważny dla nas wszystkich temat – „ogarnie”. Dodatkowo, czułabym się znacznie lepiej, gdybym przez jakiś czas miała na głowie tylko pracę, co oznacza także więcej wolnych sobót i niedziel. Wymarzony wyjazd do Japonii na wolontariat stoi pod znakiem zapytania, ale bez wolnej przestrzeni czasowej, mogę o tym pomyśle zapomnieć. Widziałam też, jakie problemy innym ludziom nastręczała praca dyplomowa i nie chciałam czekać, aż będę musiała to zrobić. Kulminacja tych wszystkich elementów zaowocowała – bagatela – 90-stronicową pracą. Skończoną. Nie muszę mówić, że napisaną w wyjątkowo szybkim tempie, jak na resztę roku. I populacji studentów ostatniego roku w ogóle.

Nie muszę tego mówić tym, którzy to przetrwali, ale przebrnięcie przez procedury bez dobrej organizacji czasowej jest szalenie trudne. Sprostanie wymaganiom promotora, zdobycie wszystkich ocen, sporządzenie – na życzenie – odpowiednio zedytowanych prac, dostarczenie masy dokumentów formalnych, uzupełnianie papierów w przypadku braków formalnych, opracowanie i nauczenie się pytań na obronę – to jest naprawdę masa czasu i pieniędzy. Mieć motywację (która może być i fiksacją) oznacza też mieć siłę, żeby temu wszystkiemu sprostać. Cierpliwie nachodzić promotora, często w małych odstępach czasowych, co i raz pukać do dziekanatu w sprawach formalnych, a indywidualnie – tupać wykładowcom przed gabinetem z prośbą o przedstawienie zadań na zaliczenie (lub wstawienie ocen).

Nie każda osoba z ASD… nie każdy człowiek może sięgnąć po takie zasoby. Jeśli jednak może – niech się tym cieszy i korzysta z tych okresów podwyższonej motywacji. Jak widać, negatywnie postrzeganie przez otoczenie cechy, piętnowane też jako autystyczne, nie muszą być czymś godnym potępienia. Ja się ze swojej motywacji cieszę, mając poczucie, że oszczędziłam sobie stresu podążania za tłumem. To naprawdę obciąża. Nie tylko Aspich.

Motywacja to rewelacja!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.