9 Wrz

Żeby przeżyć, trzeba się z życiem zmierzyć…

Weronika  Miksza

Specjalnie na użytek okoliczności przywołuję swoje wystąpienie z 2014 roku, podczas seminarium podsumowującego projekt „Tandem – razem ku przyszłości”.

Autyzm. Zespół Aspergera. Zespół Downa. Porażenie mózgowe. Szklana pułapka? Niekoniecznie. Spójrzcie na typowy przypadek zespołu Aspergera. Tak zwany Aspie rodzi się uprzedzony. Albo lepiej, społecznie niedoświadczony. Nie wie, czym jest kłamstwo, dopóki otoczenie go tego nie nauczy. Takie zawiłości teorii umysłu. Jedynie sam siebie jest pewien i tylko za siebie chce brać odpowiedzialność. Sam sobie wydaje się wystarczająco atrakcyjny, przynajmniej z założenia. Jeżeli nie pokaże się mu alternatywy, grozi mu upadek w przepaść iluzji. Będzie palić istniejące mosty, rozmawiać ze sobą, kochać tylko na papierze pokrewieństwa, bez świadomości, tworzyć wymyślonych przyjaciół i własne normy przyjaźni, dla innych – z racji nieznajomości zasad gry- bez oszustwa nie do przejścia. Krótko mówiąc, ostatecznie skończy w kłamstwie, z którego nigdy może nie wybrnąć. Chyba, że…

I tu sięgamy sedna: warto się integrować. Integracja jest ratunkiem od beznadziei i wegetacji. Spróbuję Wam to udowodnić.
Dlaczego? Mając możliwość integracji, czujesz się naprawdę wolny. Powstrzymują Cię jedynie blokady, które sam sobie tworzysz albo ludzie wokół Ciebie, nic więcej. Własny świat nie jest Wszechświatem, nie rozszerza się w nieskończoność! Skrajny introwertyzm to nie tylko ochronny kokon, to także więzienie. Łatwo wejść i się uzależnić. Całe życie w śnie zimowym, bez walki i konfrontacji. Nie ma problemów ten, kto nie żyje. A przecież otoczenie jest naprawdę piękne; jeśli nie całokształt, to przynajmniej jakaś wybrana przez nas część! Oczy zwrócone do wewnątrz widzą tylko ciemność. Dopiero otwarte dostrzegają pełnię świata i pokazują prawdę. To, że masz zamknięte oczy, nie znaczy, że Cię nie widać. Tylko naiwni myślą, że jest inaczej.

Integrując się, dążysz do harmonii, bo dajesz i bierzesz. Taka jest natura świata. Dzięki zasadzie równorzędnej wymiany świat istnieje w takim kształcie, w jakim jest obecnie. By coś dostać, musisz coś poświęcić w zamian. Inna sprawa, że każdy człowiek ma w sobie potrzebę ekspresji. Wyraża się w mowie, w gestach, odruchach. Niektórym czasem ciężko jednak wyrazić ją w skoordynowany sposób. Dziwi Was to? A myślicie, że oni są szczęśliwi, kiedy próbują coś przekazać, ale nie są rozumiani z racji niejasnej formy? Naprawdę wierzycie, że za tą próbą komunikacji nie stoi wysiłek, nadzieja, czasem brak wiary w powodzenie? Każdy człowiek jest inny, przez co staje się interesujący. Dlaczego mam za każdym razem uciekać od człowieka, który też jest inny? Jeśli czuję się na siłach, może lepiej go posłuchać? Nigdy nie wiesz, czy i którym ogniwem łańcucha się zespolicie. Never say never, nigdy nie mów nigdy. Zawsze jest szansa, że będzie inaczej. Z prób integracji rzadko kiedy naprawdę nic nie wynika – zawsze jest szansa na rezultat, który przy odpowiednich warunkach łatwo przekuć w sukces. Nie istnieje coś takiego, jak porażka – jedynie próba. Nie jest powiedziane, że nie uda się następnym razem. Integracja w przyjaznym środowisku nikomu nie zaszkodzi! Wprost przeciwnie – z czasem może się stać prawdziwą przyjemnością!

Proces integracji jest wymagający. To prawda, żeby choć trochę nadawać na wspólnych falach, trzeba się zaangażować. Im głębiej integrujący się w to wejdzie – tym więcej zyska. Dobrze jest, jeśli można się bawić, ucząc. Tak – przez zabawy, sytuacje, słowa czy inne bodźce można przyswoić więcej niż wiele. Integracja najlepiej uczy tolerancji i akceptacji; inaczej oddziały czy klasy integracyjne nie miałyby racji bytu. To jest spoiwo,
które ma szansę połączyć nawet największą indywidualność z innym kolektywem. Ma w sobie coś, czego nie daje żadna farmakologia, psychoterapia (nawet grupowa) – zdumiewającą naturalność i własne tempo, nie dyktowane żadnymi planami ani rokowaniami. Każdy, kto się integruje, prędzej czy później poczuje różnicę. Jeśli wszystko będzie przebiegać właściwie, nie ma prawa stać się nic złego. Bo integracja jest też lekiem na znieczulicę i niezrozumienie. Każdy jednak potrzebuje innych jej dawek – wszystko jest kwestią potrzeb i gotowości człowieka.
Integracja nie musi się ograniczać tylko do jednego środowiska, choć zakotwiczenie się w jednym ułatwia i zachęca do przejścia do następnych. Kontakt z nimi warunkuje wybór najlepszego dla siebie i swoich potrzeb, choć z każdej próby obracania się w jakimś środowisku coś wynosimy. Kontakty z różnymi ludźmi, doświadczenia, wspomnienia, wymienione zdania, myśli, inspiracje… gdyby się dobrze zastanowić, było by tego więcej. Najważniejsze to próbować, póki czas; zanim nasze życie wejdzie w stagnację i nie będzie jak z niej wyjść. Wystarczy źle pojęta stabilizacja i zaniedbanie, by osiąść na mieliźnie. Ważne jest jeszcze jedno: czasem ludzie, których spotykamy, decydują o naszym wejściu do społeczeństwa. Szansa może czasem być jedna na wiele lat; przegapienie jej może zmienić całe nasze życie.

No, dobrze, powie ktoś. Ładna bajka. Co Ty możesz wiedzieć? Naczytałaś się książek, nałykałaś suchej teorii jak klusek i mamy Ci uwierzyć? Kolejny klakier? Litości, przeginasz! Mówisz to, co sama chcesz usłyszeć! Dobra, liczę się z tym. Ale to moje życie jest najlepszym dowodem i przykładem!
Różnie można kompensować integracyjne braki. Moje życie samo wyznaczyło mi kierunek. Nauczyłam się czytać w wieku 3 lat i to zadecydowało o kierunku mojego rozwoju. W momencie pójścia do szkoły, po dwóch latach zerówki, odbijając się od muru, zastąpiłam społeczne kontakty wysiłkiem intelektualnym. Ziarno padło na podatny grunt. Recytowałam, z czasem zaczęłam mieć pierwsze literackie próby. I tak aż do III liceum. To wszystko robiłam prawie zawsze sama; pracowano ze mną indywidualnie. Nie było nikogo, kto szedł tą samą drogą, co ja. Gardziłam grupą, w której nie umiałam pracować. Paski na świadectwie sypały się rok po roku. Co z tego, skoro nie znałam definicji przyjaźni, a w stosunku do osób lubianych równie łatwo potrafiłam być złośliwa… Nie wiedziałam, czy jestem lubiana czy nie, choć inni podpowiadali mi, że rówieśnicy mogą zazdrościć mi sukcesów. Czas płynął, apetyt się zaostrzał, a ja robiłam się coraz bardziej bezwzględna i niechętna grupom. To powodowało, że nawet moje młodsze siostry mnie nie cierpiały. Do dziś pamiętam docinki typu: Może i jesteś inteligentna, ale nie poradzisz sobie w życiu! Po latach okazało się, jak potężnych nabawiłam się braków. W pierwszy młodzieńczy związek wpadłam przypadkiem, nie wiedząc, jak się ustosunkować do uczuć chłopaka. Trwało to 2 lata i było toksyczną, patologiczną relacją, po której zniszczenia sprzątałam kolejny rok. (Nie byłam wzorem dziewczyny, wręcz przeciwnie. Nie umiałam być przyjaciółką, a co dopiero partnerem).

Dlaczego o tym mówię? Ten czas został mi dany, abym nadrobiła zaległości i zmierzyła się z tym, co zamiatałam całe życie pod dywan. Dopiero w tym czasie wyszło, jakie spustoszenie w moim umyśle zrobiła ciągła walka o własny interes. Za wysoką cenę udało mi się przystosować do społeczeństwa. Została mi tylko ciągła gotowość do ataku bądź obrony i skłonność do trzymania ludzi na jak największy dystans. Ale nie jest to wzór postępowania. Życie mnie zmusiło. Lepiej zintegrować się od razu, a nie czekać na ostatni dzwonek.

Inna rzecz, że pomogli mi różni ludzie To mój tata zasugerował mi aikido, dzięki któremu poznałam ludzi nadal obecnych w moim życiu, pracowałam nad swoimi słabościami (łącznie z patrzeniem w oczy), by potem pośrednio wybrać judo podczas studiów i znów wskoczyć w nowe środowisko. (Nie mówię już o tym, że pomimo trudności związanym z Aspim, od ponad 8 miesięcy trenuję znów). To moja ambicja dzięki odpowiedniemu kierunkowi zaprowadziła mnie między innych ludzi, choćby do Krajowego Funduszu na rzecz Dzieci. Miałam potężne problemy z integracją z tymi drapieżcami, bo nie wierzyłam przy nich we własne możliwości. W procesie integracji z tym środowiskiem nieraz musiało mi się „oberwać”, czasem zachowywałam się naprawdę aspołecznie; także pierwszy w życiu naukowy odczyt był dla mnie przeżyciem traumatycznym, ponieważ promotor podważył sens mojego wystąpienia, łącznie ze słynnym: choćby stała za tym banda psychologów, nie ma Pani zespołu Aspergera!

Ale przy zyskach te drobne niesnaski przestają mieć znaczenie; prócz poznania kilku wartościowych osób nauczyłam się poruszać po dużych miastach, radzić sobie (na przykład spontanicznie pytać o drogę), cieszyć się podróżami nawet w nieznane miejsca, czytać rozkłady i wiele detali, które później zaszczepiły we mnie fascynację podróżami. Początkowo nie widziałam różnicy między przystankiem po lewej, a prawej stronie ulicy, bo jeździłam tylko z rodzicami samochodem! Ile bym straciła, gdybym nie podjęła się współpracy w grupowym projekcie Asia on Wave? Wprawdzie odeszłam, znów ze względu na rozbieżność wizji (byłam chyba niedostatecznie zachwycona ciałami Azjatów), ale co się nauczyłam, z czym miałam styczność i ile udało mi się wytrzymać pracy w grupie, to moje! Znów – bez pomocy nie zyskałabym kontaktu z ludźmi chodzącymi na japoński, bez pobytów w szpitalu nie zrozumiałabym siebie, innych i nie dostała kluczy do innych drzwi! Co bym zrobiła bez pana doktora, którego jeden papierek dał mi przepustkę w szeroki świat? Warto? Tak! Warto! Egocentryzm nie uczy ani nie bawi, z czasem szklana pułapka przestaje być zabawką, a staje się klatką. Biorąc udział w konkursach różnej maści, spotkałam różnych ludzi, mimo, że prawie zawsze występowałam indywidualnie! Co byłoby ze mną bez tak szerokiego zaplecza? Fakt, tymczasowo odcięto mi dopływ stresu. Ale co by się stało w sytuacjach kryzysowych? Dziś jestem tutaj, kilka godzin drogi od domu i jest mi tu bardzo dobrze! Teoretycznie jestem niepełnosprawna, ale nie chcę robić z tego żadnej etykietki. Radzę sobie, choć na początku nie było to takie oczywiste; do dziś pamiętam obawy rodziców przed puszczeniem mnie tak daleko na studia. Dość powiedzieć, że stykając się z różnymi środowiskami, poznałam wielu ludzi z całej Polski, a nawet zza granicy. Przykładowo, dzięki poznanym Brazylijczykom zainteresował mnie język portugalski, którego pewnego dnia się nauczę (japonistyka zaborczą jest – obecnie trzeci rok studiuję dziennikarstwo w Poznaniu).

Ale dość o mnie. Ważna jest świadoma integracja. Nie oparta tylko na płynach wyskokowych, bo wyparuje z otrzeźwieniem. Można bez (wiem, co mówię, nie mogę za bardzo pić, a nawet jeśli co nieco próbowałam, to wcale nie działało tak, jakbym tego oczekiwała. Depresja, tyle się można po alkoholu nabawić. Ale co ja wam będę mówić, kwestia organizmu.) Inna rzecz – gdybym nie wiedziała, że warto, nie byłabym tu, nie opowiadała tego wszystkiego. Siedziałabym tam, gdzie wysłałby mnie system – kiedyś szkoła specjalna, może i szpital, na co dzień – w czterech ścianach. Tylko dlatego, że tam, gdzie inni widzą światło białe, ja widzę tęczę! Z jednego, zintegrowanego tułowia wyrasta 7 hydrzych głów, każda ma wartość równorzędną i wymaga takiej samej uwagi. W praktyce musi być jakaś hierarchia. Nawet sygnał Internetu rozdzielany przez router nie jest dzielony po równo, lecz według możności przetworzenia. Tutaj jest bardzo podobnie.
Powiedzcie tak szczerze – wysiedzielibyście sami, ale tak prawdziwie sami, jak na bezludnej wyspie? Nie sądzę. Człowiek to zwierzę stadne, tylko jednostki czują to słabiej. No dobra, nie zawsze stadne. W każdym razie, nieraz mówi się o wyjazdach integracyjnych, spotkaniach zapoznawczych – po co? Między innymi dla podwalin do integracji! Zawsze jest nadzieja, na ogół również chęć. Może czasem brakować wspólnego kodu, czasu, determinacji, by zacząć i skończyć.

Tymczasem ja według modelowego scenariusza o integracji czytałabym sobie w Internecie i co najwyżej nauczyłabym się płytkiej definicji. Nie dopuściłam do tego. Ale nic nie przyszło samo! Za darmo to w tym kraju nikt nawet w twarz nie dostanie. Ktoś musiał do mnie wyciągnąć rękę, a ja musiałam ją mocno chwycić i dać się poprowadzić! Tak jest, integracja w praktyce jest dużo lepsza i przyjemniejsza. Nie od razu, ale nawet diament trzeba oszlifować, zanim stanie się brylantem. Albo inny przykład – wbijanie gwoździa. Ile razy walniecie się młotkiem w palec, przekrzywicie gwoździa albo napotkacie jakieś trudności za którymś razem? Nobody’s perfect – znacie to skądś? A i integracja nie spadnie Wam jak manna z nieba – jak się nie ruszycie i nie nawiążecie szczerej interakcji, zapomnijcie o efekcie! Bez zaangażowania, nawet elementarnego „tak” nie powstanie żadna relacja. Tylko rodziny się nie wybiera, ale rozmawiamy tu o tym, co wymaga wysiłku, co nie jest nam dane raz na zawsze. Znajomi, przyjaciele, partner/partnerka, ostatecznie kochanek/kochanka to nasz świadomy wybór. Chcesz się dogadać? Tak czy inaczej się „zgrywasz” (cokolwiek to znaczy); integrujesz! W jakimś celu w komputerach czasem występuje zintegrowana karta graficzna/dźwiękowa – dla ułatwienia, na przykład. Podobnie działa tandem, pływanie synchroniczne, występy tancerzy, cokolwiek – bez zintegrowania ich działania tracą sens.

Zapytajcie swoich rodziców, wujków, starsze rodzeństwo (jeśli macie), innych krewnych. Albo zastanówcie się: na ile Wasze dzieciństwo było zdominowane przez komputer czy Playstation? A może pamiętacie jeszcze bieganie po podwórku, wypady nad jezioro, kopanie szmacianki, skakanki, gumy, huśtawki, karuzele i inne smaki dzieciństwa? (Wspólny mianownik to gra RAZEM. Z jednej strony dzieci potrafią być okrutne i bezwzględne, ale z drugiej strony naturalne dla nich jest założenie: im więcej osób, tym lepiej się wspólnie bawi. Pamiętacie? Pomyślcie chwilę. Jeśli choć część z Was ma takie wspomnienia, to znaczy, że można!

A jak jest teraz? Znów: nie chcę demonizować, ale dzieci nie wydają się tak szczęśliwe, jak kiedyś. Wciąż ciągnie się sinusoida niżu i wyżu demograficznego; podobno teraz jesteśmy „na wozie”. Równocześnie mamy ujemny przyrost naturalny. Co za tym idzie – coraz częściej o rodzeństwie czyta się w bajkach. Dzieci rodzą się późno albo wcale. Nie to jednak jest najgorsze. Zdarza się, że zabiegani rodzice z braku wsparcia rekompensują swój czas drogimi, absorbującymi uwagę dziecka zabawkami. Drapieżny kapitalizm co i rusz oferuje coś nowego. Z założenia plan dobry – dziecko nie broi, nie rusza się; można by rzec, że nie oddycha! To się nazywa cisza przed burzą. Dla świata go nie ma, to prawda. A co, jeśli przegrywa całe swoje życie? Idzie beztrosko w przepaść albo daje się wciągać wirowi? Łatwo przegapić moment, kiedy dziecko staje się aspołeczne, a co gorsza – uzależnione. Mało, że samotność zaczyna mu pasować, to jeszcze nie potrafi inaczej… Pozbawiony elastyczności, przepadnie w wyścigu szczurów.

Skoro jest tak egocentryczny, skąd będzie wiedzieć, kiedy można walczyć o swoje, a kiedy lepiej sobie odpuścić? Takie zachowanie może dodatkowo konfundować terapeutów i psychologów. Jakby nie było dość pracy nad tymi, którzy się z
zaburzeniem rodzą, sami robimy dobry grunt pod kolejne, nabyte zaburzenia… Nasuwa mi się na myśl widmo szczepionek. Ostatnio czytałam, że rzeczywiście zwiększają ryzyko autyzmu. Temat w oczy kole, jak widać.
Co mogę do tego dodać? Właściwie więcej nie trzeba. Aby przeżyć, trzeba się z życiem zmierzyć. Jestem za integracją, a nawet przeciw jej brakowi.

Mimo wszystko, trzeba promować dobre wzorce i do ich realizacji dążyć. Zbyt często w imię tolerancji akceptujemy i konsumujemy wszystko; nie dbając potem, czy odbije się to nam czkawką. Nie dajmy się zwariować szerzej pojętej wolności. Idźmy w postęp, łączmy się. Będziemy mieć całą wieczność na show jednego aktora. Życie jest po to, by być razem. Wystarczy chcieć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.